czyli 9 miesięcy w pigułce.
Każda historia musi mieć gdzieś swój początek. U nas wszystko zaczęło się dwa lata temu, kiedy to zostałam wysłana przez swojego pracodawcę do innej placówki na 1,5 miesiąca pracy. Tam też poznałam mojego przyszłego męża i ojca mojego dziecka. Nie zawsze było łatwo, ale przecież nikt nie mówił, że w tym życiu to łatwo będzie.
Po roku naszej znajomości spadła na nas wiadomość jak grom z jasnego nieba: JESTEM W CIĄŻY! Były łzy, a i owszem. Trochę przerażenia, trochę radości. No bo jak to będzie? Przecież kilka miesięcy wcześniej rozpoczęłam dopiero pracę w nowej firmie. W miejscu, gdzie chciałam zagrzać miejsca na dłużej. Do tego jeszcze nie skończyłam studiów... Całe życie do generalnego przemeblowania.
Trzeba było przekazać wiadomość rodzinie. I tutaj mój największy szok, bo spotkaliśmy się ze sprzecznymi reakcjami.
- moja mama - na początku złość. Bo przecież te studia nie skończone. Bo dopiero mam 24 lata i generalnie jak ja sobie poradzę. Ale to szybko minęło. Przyszła babcia oswoiła się z myślą o nowym członku naszej rodzinki i wpadła w szał zakupowy z olx. Jeszcze się mały nie urodził, a już mieliśmy od groma zabawek. Teraz to wzorowa babcia i zawsze możemy na nią liczyć. Do tego wielkie wsparcie dla mnie, jako młodej mamy pierwszego maluszka.
- moja teściowa - prosiła swojego syna już na początku naszej znajomości o wnuki, więc była od samego początku przeszczęśliwa! Niestety mieszka na Ukrainie i dopiero niedawno miała możliwość, by nas odwiedzić. Jest jednak kochającą, wspierającą babcią.
- reszta rodziny - trochę niedowierzania, ale ogólnie pozytywnie.
Około 17 tygodnia poczułam pierwsze ruchy. To był niesamowity moment. Zdecydowanie bym jednak nie porównała tego do trzepotania skrzydeł motyla, czy innych przyjemności. Raczej użyłabym wyrażenia - ciosy karate, które musiałam znosić przez dłuuuugi czas ;)
Aby poznać płeć musieliśmy dotrwać do badań połówkowych w 22 tygodniu. Lekarz już na początku badania zadał pytanie: Kogo by pani chciała? Odpowiedź nie mogła być inna, jak: Nie ważne, byle było zdrowe. I maluszek był zdrowy, a do tego chłopak. Ojciec zachwycony, bo przecież pierworodny syn! A i mama szczęśliwa, że będzie mieć małego królewicza.
Każde badanie, nawet najbardziej błahe, było obarczone ogromnym stresem w oczekiwaniu na wyniki. Tłumaczyłam sobie, że jestem przecież młoda i wszystko musi być dobrze, ale wiecie jak to jest z podświadomością - czasem wręcz krzyczy by nie brać wszystkiego za pewnik. Całe szczęście prócz lekkiej anemii u mnie przez 41 tygodni było z Olim wszystko w porządku.
Jak się czułam w ciąży? Ogólnie bardzo dobrze. Pierwsze dwa miesiące nie mogłam patrzeć na jedzenie, ani go wąchać. Totalny wstręt, który całe szczęście jednak nie był obarczony nudnościami. Później trochę spokoju i normalnego funkcjonowania, aż do około 29 tygodnia kiedy to pomyślałam, że przecież tyle dziewczyn ląduje w szpitalach na patologii bo coś się zaczyna dziać, bo coś nie tak, a mi się udało. I bam, dwa dni później cała noc nieprzespana przez ogromny ból i szpital. Ale to temat zdecydowanie na inny post i niebawem go poruszę.
Później było już coraz ciężej. Jej, jak ja już chciałam mieć swojego synka w ramionach. Duży brzuch, z domu ciężko było się ruszać, bo trzecie piętro... Oj tak. Na dzień porodu czekałam z niecierpliwością, a Oliver zdecydowanie się nie spieszył. 22 kwietnia, po zaledwie 3 godzinach na porodówce, pojawił się mój mały książę i radość mojego życia :) To zdecydowanie najpiękniejsze, co mnie spotkało w życiu. Niczego nie żałuję.
22 kwietnia 2017, godzina 11:57
62 centymetry i 4,260 kilo żywej wagi

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz